piątek, 3 kwietnia 2015

BODY/ ciało, Wenus bez Futra i pewna wizyta

....która doprowadziła mnie na skraj wytrzymałości psychicznej. Mówiąc krótko, coraz bliżej święta.

Od razu uprzedzam- nie będę wrzucać kolejnego pomysłu na to jak ozdobić pisanki, ani jak przystroić dom na "te" dni. Nie będę też pisać o tym jak wyglądają u nas święta,  ponieważ od lat mój wkład w Wielkanoc ogranicza się do wypchnięcia z domu święconki  ( podobno niezbędne są do tego plastyczne zdolności)  i zasiania rzeżuchy ( bo jest zdrowa, ale i tak o tym zapomniałam w tym roku).
Jestem tak chujową panią domu, że szkoda gadać. Na dowód umieszczam zdjęcie listy zakupów świątecznych nad którą dumałam dziś pół godziny. D popłakał się ze śmiechu, gdy mu ją wręczyłam:


Myślę że nie muszę więcej tłumaczyć, dlaczego święta nie są u nas jakoś wybitnie celebrowane.
Dziś będzie o ciele. Lecimy.



1. BODY/ CIAŁO, Gośka Szumowska

Kilka tygodni temu dopadł mnie wolny weekend. To było prawdziwe ŚWIĘTO, takie które nie powtarza się często, więc sobotę wykorzystałam na sponiewieranie się do granic możliwości a w niedzielę z A odrobiłyśmy zaległości kulturalne. Właściwie byliśmy we trójkę- A, ja i  kac. Poprzedniego dnia poniewierałyśmy się razem i tak szczerze mówiąc to nikt nie wierzył, że po tej imprezie naprawdę wstaniemy rano do muzeum. A my wstałyśmy*.
Po obleceniu Narodowego, Zachęty, księgarni, knajpy i kawiarni A. oddaliła się w celu złożenia w pozycji horyzontalnej swego umęczonego ciała, a ja udałam się na dalsze poszukiwanie podniety umysłowej.
Po drodze było kino, w kinie nowy film Szumowskiej, a ja byłam w okularach i filmy z napisami odpadały ( później napiszę dlaczego). Kupiłam bilet, rozsiadłam się w pustej sali i obejrzałam jeden z najlepszych polskich filmów w mojej skali polskich filmów.


Nie ukrywam- szłam z nastawieniem, że obejrzę kolejnego gniota jak to jest szaro, smutno i źle, a życie w Polsce nie ma sensu. A tu pierdut, pierwsza scena i widz prostuje się w fotelu.  Obiecałam sobie jakiś czas temu że nie będę wkręcać się w analizy, pisać o tym co artysta miał na myśli, bo po podstawówce i liceum mam dość, więc powiem  Wam krótko- według mnie BODY/ CIAŁO to kawał porządnego kina o człowieku. Rewelacyjny humor, dużo czułości w podejściu do niedoskonałości postaci i kilka bardzo bolesnych szpil. Szczery, wzruszający, ale też  krzepiący film. O czym? O tym, że jesteśmy mięsem, flakami i na tym niektórzy poprzestają,  oraz o tym, że można być martwym za życia i żywym po śmierci. 
W trakcie seansu kilka razy ścisnęło mnie za gardło, choć nic nie mogło równać się z uczuciem gdy zobaczyłam...(werble!!!) Wydział Wzornictwa Przemysłowego ASP grający oddział szpitala psychiatrycznego. Jako absolwentka tegoż wydziału potwierdzam, że jest to najlepiej obsadzona rola w całej historii kina.

BODY/ CIAŁO okazał się dla mnie bardzo ważnym filmem. Powiedziałabym, że wręcz przełomowym w pewnych kwestiach. Będzie o tym w punkcie trzecim.

2. WENUS BEZ FUTRA, Sasza Różycka

Nim przejdziemy do punktu 3, wróćmy na chwilę do Wydziału Wzornictwa, ponieważ właśnie tam zaczyna się niezwykła historia Saszy Różyckiej. To znaczy nie to, że Sasza nie była wcześniej niezwykła ( bo była), ale dzieląc z nią uczelnianą ławę ostatnią rzeczą o której bym pomyślała to fakt, że zostanie striptizerką. I że napisze o tym zarąbistą książkę. 


Niezbadane są losy projektantów; wspominałam już nie raz o tym, do czego zdolny jest człowiek który robi 857 poprawkę projektu który od wersji 24 jest już co najwyżej gówniany, a później czeka pół roku na wypłatę zaległego tysiąca złotych. O dziwo,zamiast rzucić to w cholerę i zacząć robić coś co da albo kasę, albo satysfakcję, większość osób wegetuje w wyuczonym zawodzie najpierw z nadzieją, że coś się zmieni (po 10 latach stwierdzam że nie, nie ma takiej opcji), a później po prostu z przyzwyczajenia. Mówiąc krótko- w projektowaniu albo dymasz Ty, albo dymają Ciebie. Najgorzej, jeśli dajesz ciała za darmo. Dokładnie do takich wniosków doszła Sasza i zamiast tkwić w pracy która jest nudna, głupia, słabo płatna, a najczęściej wszystko naraz, postawiła wszystko na jedną kartę, wysłała zgłoszenie do nocnego klubu i zaczęła  prawdziwe życie. Gdy dowiedziałam się o tym "przebranżowieniu", pomyślałam tylko jedno- Laska ma zarąbiste jaja ***.
Podekscytowana opowiedziałam na pewnym spotkaniu historię dziewczyny która zamiast siedzieć i biadolić na kolejnego pieprzniętego klienta, zostawiła "oszałamiającą" karierę grafika, jeździ po całym świecie, spełniła marzenie o motocyklu, a na dodatek poznała super partnera...i się zaczęło. Że wiadomo już, jak ona naprawdę zarabia. Że w tych klubach to sodoma i gomora. Że będzie żałować, że intymność, że jak ten facet może, itp, itd. Dodam tylko że w ten sposób zareagowali głównie panowie; zwłaszcza ci którzy w klubie go-go nigdy nie byli, albo ci, którzy odwiedzają je nazbyt regularnie, lub łomoczą laski poznane przez internet. Grzmieli, że ciało kobiety to świątynia****
(którą nota bene bardzo chętnie odwiedzają, nawet jeśli to pierwsza lepsza przydrożna kapliczka) i że nie wyobrażają sobie, żeby ich kobiety....to znaczy te co będą później, nie te co teraz...Kurtyna. 

Sasza krok po kroku, z olbrzymim dystansem i poczuciem humoru opisuje zaplecze osnutego pikantną mgiełką zawodu. Są historie przy których kopara opada, bo niewiarygodnym jest by człowiek ( czyt.klient) się tak upodlił, są  i takie, po których rechoczemy jeszcze kilka dni później. Autorka rozwiewa wiele mitów i odkrywa rąbek klubowych tajemnic, a wierzcie mi, że jest co odkrywać. Jest popyt, ktoś na tych rurkach musi się kręcić, mieć z tego kasę, frajdę i świetny materiał na książkę. Tym kimś jest Sasza Różycka.

3. PEWNA WIZYTA

Dla mnie ciało to materiał, czasem narzędzie. Od najmłodszych lat uczę się je malować, rzeźbić, fotografować. Nigdy nie miałam problemu by rozebrać się do zdjęć, czy na lekcjach malarstwa, gdy brakowało modela. Mięso to mięso, dupa to dupa; po 2 minutach człowiek zapomina o tym, że leży nagi i staje się częścią kompozycji. Zdarzało mi się być w grupach gdzie młodzieńcy przy sztalugach po raz pierwszy widzieli przysłowiową gołą babę i zapewniam, że ich ekscytacja trwała bardzo krótko, konkretnie do pierwszej korekty, na której dowiadywali się że proporcje są złe, dłoń zdeformowana, pośladek za mały. Od tej pory interesowało ich tylko to, by zdążyć z poprawkami do przerwy, a na kolejne sesje przychodzili już zupełnie inni. Doświadczeni. 
Paradoksalnie, dużo mniej komfortowo czuję się na plaży, gdzie szczątkowy strój robi nam więcej krzywdy niż jego brak, a ludzie skupiają się głównie na ocenie zawartości tłuszczu w obiekcie leżącym obok. Jednak najbardziej odarta z godności, intymności i prawa do własnego ciała czuję się u lekarza, który teoretycznie ma ciału pomóc, a w praktyce masakruje i psychikę, i całą resztę. 
Rysopis? Proszę bardzo, zawsze wygląda tak samo. Pan/Pani Profesor, ze ścianą chwały wytapetowaną  dyplomami, zdjęciami z prezydentem i galerią małych Oleksych, do których ponoć się przyczynił/a.  Zwykle / zawsze nie ma już wolnych terminów, ale ma olbrzymie osiągnięcia na tle leczenia mojej choroby i jeśli bardzo mi zależy, to przyjmuje pacjentki prywatnie, 400zł za wizytę, proszę o przyniesienie gotówki.
Po wejściu do gabinetu każe szybciutko wskakiwać na fotel, równocześnie wypisując skierowanie na dodatkowe  badania. Na nasze zdziwienie, że przecież te same badania były robione miesiąc temu, twierdzi że wyniki są już nieaktualne i że poleca zrobić je prywatnie, o tu jest telefon do zaprzyjaźnionej firmy, bo kolejki są straszne i wiadomo. Po ekspresowym badaniu szybko, szybko, kolejne pacjentki czekają,  każe nam usiąść przy biurku, zagląda w kartę i pada TO sakramentalne zdanie:
"33 lata? No, to musimy wpędzić panią w ciążę."

Nie pyta czy mam z kim, czy mam za co, czy chcę mieć dzieci. Czy zamierzam się w cokolwiek wpędzać. Wyśmiewa argument, że walcząc tyle lat z chorobą przestałam myśleć o dzieciach, nie uwzględniam ich w swojej przyszłości, chcę się skupić na leczeniu, a do lekarza chodzę by wreszcie móc żyć bez bólu. Patrzy na mnie jak na największą egoistkę, babę której feminizm pomieszał w głowie. Mówi że jestem jeszcze młoda ( a to ciekawe, w kontekście poprzednich słów ) i że będę mu wdzięczna. Mówi, że "musimy" skupić się nad zaciążeniem, a nie walką z bólem. Mówi, że jestem macicą na dwóch nogach i że moim obowiązkiem wobec niego/ niej jest uzupełnienie galerii na ścianie w poczekalni. W efekcie nie dość, że od kilkunastu lat nie jestem należycie leczona, to przy każdej wizycie czuję wyrzuty sumienia z powodu niespełnionych życzeń lekarza. 

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że w filmie Szumowskiej jest rewelacyjna scena w szpitalu, po której uświadomiłam sobie jaką dupą wołową jestem, i jak bardzo siebie nie szanuję chodząc do takich lekarzy. Odwołałam kolejną wizytę u Pana Profesora, przekopałam internet i kilka dni później trafiłam do młodej pani Doktor, której pierwsze pytanie brzmiało-" jak mogę pomóc?". Bez osądzania, wszystkowiedzenia, wyższości.  Prawdziwy cud*****.

Spokojnego wypoczynku wszystkim życzę. 

PS. D wrócił z zakupów. Zapomniał o winie i kaszy.


*święta
** zmartwychwstanie mamy jakby odbębnione
*** jajka są
**** jest świątynia
***** jest i świąteczny cud

5 komentarzy:

Tomek pisze...

Czy to oznacza, że można w każdej chwili zmienić swoje życie..?
(I że święta można opędzić na samym papierze toaletowym i ibupromie?)

Maja Kaczyńska pisze...

Dam znać po świętach, czy się da; w każdym razie, wyzwanie podjęte.

Nowiutki Rupieć pisze...

** zmartwychwstanie to chyba już odbębnione w kulturalną niedzielę, po zabójczej sobocie, a na jajach Saszy zbrakło jednej gwiazdki ***? Choć z tego co piszesz to Sasza może być i ****.

Dobrze, że w święta nie zabrakło Wam papieru. U nas akurat dobrze, że zabrakło już wina, choć szkoda, że dopiero 3 dnia.

Maja pisze...

Dzięki za czujność, liczenie do 3 nigdy nie było moją mocną stroną, sasasasa;DDD. Liczba gwiazdek na jajach uzupełniona, bo należy się Saszy jak nikomu innemu.
Następnym razem musimy się umówić i zrobić wspólne zapasy na święta. Tą kaszę można już odpuścić....

striptizerka pisze...

#tylegwiazdek, omatko! :D
poczuć się jak produkt luksusowy, bo życie nie pozwoliło ich projektować - zawsze to jakieś wyjście, hahah