piątek, 21 sierpnia 2015

Zrobiłam TO

Universal Studios
Ludzie  w obliczu silnych przeżyć robią różne rzeczy. Niektórzy rzucają pracę, żonę i oddają się zakazanym dotąd uciechom. Inni rzucają się na kolana i zaczynają gorliwie modlić. Ja po spektakularnej ucieczce spod noża rzuciłam się
do oglądania zaległych filmów i traf chciał, że trafiłam na "50 twarzy Greya". Po którym naprawdę potrzebowałam opieki lekarskiej.  Shit happens.


Pozwolicie, że dziś nie będę rozpisywać się o absolutnie absurdalnym dziele sztuki filmowej, choć na pewno nie odmówię sobie tej soft-porno przyjemności w przyszłości. Obiecałam opowiedzieć Wam o bardzo dziwnym wydarzeniu którego częścią ( a nawet epicentrum ) stałam się niedawno, i słowa dotrzymuję.Pytanie  brzmi:  jak to się stało, że zamiast leżeć na kilkumiesięcznym zwolnieniu, pociachana wzdłuż, wszerz i abarot, piszę do Was w doskonałym zdrowiu? 
No cóż. Jakby udało mi się ozdrowieć. I sama sobie to zrobiłam.

Wpis będzie długi. Momenty będą. Osoby niezainteresowane tematem mogą sobie darować, ale jeśli macie w swoim otoczeniu choć jedną kobietę cierpiącą na endometriozę- proszę, przeczytajcie. To ważne. Ważniejsze od koloru roku, trendów w oświetleniu i najbardziej stylowych pokrowców na  krzesła. 

Na pewno pamiętacie endometrialny coming-out, który zrobiłam jakiś czas temu. Nie liczyłam na wielki odzew, po prostu uznałam że choroba jest już na tyle zaawansowana i tak silnie wpływa na moje życie ( również zawodowe), że nie ma co dalej udawać, że wszystko jest ok.  Okazało się że są nas setki w najbliższym otoczeniu, że znamy się lepiej, mniej- ale o endo nie rozmawiamy. Jakby można było uciszyć coś, co niszczy nie tylko ciało, ale przede wszystkim psyche.

Dokładnie 8 miesięcy temu, po 20 latach bezowocnej walki nie tylko z chorobą, ale przede wszystkim z ignorancją lekarzy, dobrnęłam do ściany. Ściany, pod którą stało biurko, na biurku leżała kartka, a na kartce łzy wielkie jak grochy rozmazywały atrament długopisu, którym pisałam podanie do kolejnego szpitala o zgodę na usunięcie macicy. Na poprzednie podanie otrzymałam odpowiedź odmowną i tłumaczenie lekarza powołującego się na klauzulę swojego spaczonego sumienia, że przecież jestem w wieku umożliwiającym posiadanie dziecka. O tym, żeby choć trochę ułatwić mi egzystencję i przeżycie bez bólu kolejnego dnia, jakoś nie wspomniał, tylko rozłożył ręce i doradził powrót do poprzedniego sposobu leczenia, argumentując to następująco, UWAGA, bo to jest hit nad hitami i żałuję że nie miałam wtedy włączonego dyktafonu- "może tym razem zadziała". K..wa. 20 lat nie zadziałało, to jakim cudem...bo Pan Profesor pomachał magicznym wziernikiem i już, załatwione? 

Takich Panów Profesorów, 450zł za wizytę, przewinęło mi się między nogami tylko w ciągu ostatnich dwóch lat  około 10. Żaden nie był w stanie zaproponować nic, oprócz wykonania setnego USG za 300zł i wypisania recepty na specyfiki przedpotopowej generacji po których: rzygałam jak kot, miałam 40-dniowe miesiączki, wypadały mi włosy, na zmianę chudłam i tyłam, nabawiłam się skrajnej anemii, miałam początki zakrzepicy uniemożliwiającej chodzenie, w trakcie badań wrzeszczałam z bólu, a choroba rozwinęła się ze stadium I do stadium III, oznaczającego zajęcie przydatków, sąsiednich organów i unieruchomienie macicy. Wszystko w dwa lata po operacji, w trakcie której teoretycznie wyczyszczono większość ognisk.  Przede mną był już tylko rak. 

Coś we mnie wtedy pękło. Poczułam, że jeśli sama się z tego nie wygrzebię, to po prostu uduszę się pod gruzami. Podziękowałam zdumionemu Panu Profesorowi za współpracę, uregulowałam ostatni rachunek i wyszłam.

Siadłam do komputera i zaczęłam kopać. Polskie fora, zagraniczne fora, polskie opracowania medyczne, zagraniczne opracowania medyczne. Siedziałam ze słownikiem całą noc. Rano zrozumiałam, że faktycznie nie ma już żadnych leków i standardowych procedur medycznych z których mogłabym skorzystać, ale jest kilka metod alternatywnych, łagodzących objawy choroby. Można o nich porozmawiać podczas spotkań organizowanych przez POLSKIE STOWARZYSZENIE ENDOMETRIOZA. Za kilka dni rozpoczynały się zapisy na bezpłatne konsultacje, więc postanowiłam spróbować- w końcu nie miałam już nic do stracenia.

Zapisałam się na bezpłatne spotkanie i trafiłam na kogoś, kogo mogłabym nazwać swoim aniołem stróżem- gdybym wierzyła w anioły. Wierzę w to, że dobre buty uratują nawet najgorszą kreację, ale jakoś ciężko mi to podciągnąć pod tą sytuację, więc na razie dajmy temu spokój. Od pierwszego "dzień dobry" miałam poczucie, że rozmawiam z kimś, dla kogo nie jestem nazwiskiem na dokumentacji medycznej, ale cierpiącym człowiekiem. Co nie było wcale takie oczywiste, biorąc pod uwagę że do gabinetu wczołgało się wychudzone, blade, krwawiące od 3 miesięcy zombie.

O tak, mniej więcej takie:

AP photo/AMC Gene Page

W ciągu jednej wizyty zrozumiałam, że nie powinnam mieć wyrzutów sumienia z tego powodu, że jestem chora, a medycyna nie zna lekarstwa na endometriozę. Na początek Pani Doktor, lekko zszokowana, zaleciła odstawienie leków, bo po co brać coś, co mnie truje? No właśnie, Panie Profesorze- po co?? Na moje pytanie, czy to nie zaszkodzi, bo mój lekarz twierdził że umrę jak je odstawię, zrobiła wielkie oczy i zapewniła że nie, nie umrę.

Po drugie, zaleciła zrobienie badań, o których żaden z lekarzy wcześniej nie pomyślał. A to były naprawdę podstawowe badania, tyle że można je zrobić za darmo, państwowo więc- nieopłacalne. Po trzecie, zamiast wróżyć z USG, dokładnie mnie zbadała i zasugerowała, że prawdopodobnie mam ogniska endo w kilku innych miejscach, niewidocznych na USG, a wyraźnie tłumaczących takie dolegliwości jak wymioty, czy problemy z chodzeniem. Żaden z Panów Profesorów wcześniej na to nie wpadł.

Zamiast pieprzyć farmazony o tym, że kobieta jest od rodzenia dzieci, wypytała mnie o to, jak radzę sobie na co dzień, czy jestem w stanie pracować, czy- i jak- jestem w stanie funkcjonować. Spokojnie wysłuchała, dlaczego nie zamierzam się rozmnażać i nie, nie patrzyła na mnie jak na zimną sucz vel wybryk natury. Dowiedziałam się, że mam zmiany może nie jakieś wybitnie wielkie, ale umiejscowione w bardzo bolesnych miejscach, i dlatego tak mi dają popalić, więc kwalifikuję się do operacji. Dowiedziałam się, że po poprzedniej operacji zostały olbrzymie, bolesne zrosty, których można było uniknąć stosując specjalny środek do czyszczenia jamy brzusznej- ale o tym wtedy mi nie powiedziano ani słowa. Ustaliłyśmy, że Pani Doktor wciągnie mnie na listę oczekujących na operację i poinformuje o terminie. Do tego czasu mam o siebie dbać, odpoczywać i spróbować się nie stresować, a w wolnym czasie poczytać ulotki o diecie, które dołączyła do mojej dokumentacji.

Wracałam do domu w szoku. Najpierw się poryczałam, ale tak ze szczęścia. Przez resztę drogi miałam na twarzy rozmarzony uśmiech, co z czerwonymi oczami i licem zombie musiało tworzyć upiorny efekt- ludzie w autobusie omijali mnie z zachowaniem bezpiecznego dystansu. Zupełnie jakbym miała im wyssać mózg przez oczodoły, owinąć wokół szyi wnętrzności i ciągnąć za jelita przez całe miasto. 

Wróciłam do domu, trzasnęłam drzwiami i krzyknęłam ( przysięgam!): leki- wypierdalać!
Same nie wyszły, więc musiałam im trochę pomóc.

Wcześniej, po drodze, kupiłam ulubione wino Labirynth za 14, 99zł ( mówiłam że jestem wielkim znawcą win? To teraz już wiecie), dwie czekolady i pudełko lodów, więc po oczyszczeniu przestrzeni z przeklętych blistrów padłam na kanapę z flaszką w jednej i tabliczką w drugiej ręce. Taki zen.  Padając usłyszałam charakterystyczny szelest pod częścią ciała która na pewno nie jest plecami i już miałam cisnąć zmiętoloną ulotkę w kąt, gdy przed oczami objawiła mi się:

LISTA PRODUKTÓW NIEWSKAZANYCH PRZY ENDOMETRIOZIE

oczywiście z alkoholem i słodyczami na czele.
Wykonałam szybki rachunek sumienia i odłożyłam czekoladę, wino profilaktyczne zostawiając, bo a) się zepsuje, każdy wybitny znawca to wie, b) nie można zmieniać nawyków żywieniowych tak drastycznie. Pijąc wino przeczytałam ulotkę raz, drugi, trzeci, osiemfieziąąąąąty ziewionty.

Przeczytałam ją też następnego dnia, już świadomie i zabrałam za wielkie porządki w naszej kuchni. Zajęło mi to dokładnie 20 sekund, ponieważ znalazłam tylko wódkę i kabanosy, obie pozycje mocno niewskazane.  Stwierdziłam że nie mamy w domu nic zdrowego ( choć, szczerze mówiąc, to nie mieliśmy kompletnie nic do jedzenia), więc udałam się z ulotką po zakupy. Ledwo zmieściłam się w drzwiach, a D po powrocie z pracy zapytał, czy kupiliśmy świnkę morską, ale pierwszy krok został wykonany.

Tak oto, w moim endo-życiu zaczęła się wielka zmiana. Przesadziłabym mówiąc że po odstawieniu leków poczułam się od razu lepiej, bo miałam strasznego kaca, ale już dwa dni później czułam się naprawdę nieźle. WIELKI OKRES się zakończył, przestałam wymiotować, a z nóg powoli zaczęła schodzić opuchlizna. Po dwóch tygodniach całkowicie odpuściły obrzęki nóg i rąk, przestały mnie boleć plecy, więc wreszcie zaczęłam normalnie chodzić. Po miesiącu minęły paskudne migreny, które męczyły mnie od początku przyjmowania leków. Włosy przestały wypadać. Po dwóch miesiącach byłam na tyle silna, że mogłam wrócić do treningów- na razie starczało mi pary na kwadrans dziennie, ale ćwiczyłam i byłam przeszczęśliwa!

Na pierwszej wizycie kontrolnej Pani Doktor stwierdziła, że zmiany endometrialne się nie powiększyły, więc mogę kontynuować leczenie-bez leków. Dalej miałam nie najlepsze wyniki morfologii i ciała ketonowe w moczu, ale nie wymagałam już natychmiastowego przetoczenia krwi;). Termin operacji wyznaczono na czerwiec- był kwiecień, więc zostało jeszcze trochę czasu na podciągnięcie wyników. 
Na hasło "operacja" dostałam jakiegoś speeda- po poprzedniej zbierałam się ponad pół roku, więc teraz postanowiłam maksymalnie przygotować ciało, żeby okres rekonwalescencji był jak najkrótszy. Zwiększyłam ilość i długość ćwiczeń, aby zbudować "gorset" trzymający kręgosłup i brzuch w ryzach. Oznajmiłam w domu że przechodzimy na ścisłą, anty zapalną, oczyszczającą dietę i odstawiamy GMO, E, cukier, sól, mięso, nabiał, gluten.  Zaczęłam terroryzować wszystkich zielonymi drinkami.

Na kolejną kontrolę przed operacją przybiegłam. Dosłownie, bo tramwaj mi uciekł. Bez zadyszki, bez obezwładniającego bólu brzucha. Jak nakręcona zaczęłam opowiadać o tym, że rewelacyjnie się czuję, że mam tyle energii, a okres się uregulował i trwa dwa, DWA!!!! dni! Przyniosłam badania- morfologia w punkt, po ciałach ketonowych ani śladu. W trakcie badania okazało się, że zmiany są dużo mniejsze, a macica nie jest już nieruchoma. Decyzja- zmieniamy kwalifikację z laparotomii na laparoskopię, czyli mniej inwazyjną formę operacji po której dużo szybciej dojdę do siebie. Sukces!

Wyszłam z badania jeszcze bardziej zmotywowana. Do końca maja zamknęłam wszystkie projekty, ustawiłam auto-respondera na 3 miesiące i byłam gotowa na wszystko. 
No, prawie na wszystko, tylko nie na to, że przesuną mi termin operacji- kilkakrotnie. Najpierw na koniec czerwca, później  na połowę lipca, następnie na koniec lipca i wreszcie, na sierpień. Nie ukrywam, że się nieco bardzo strasznie wkurzyłam, bo kilka zleceń koło nosa przeleciało, a za urlop niestety nikt mi nie płaci, ale darowanemu urlopowi w zęby się nie zagląda, więc podkręciłam tempo, zaostrzyłam dietę i w życiowej  formie udałam się w wyznaczonym terminie do szpitala. Z walizeczką pełną książek i stylowych piżamek. Przede mną był tydzień szpitalnego SPA  i dwa miesiące laby, na którą przygotowałam sobie kilkadziesiąt zaległych lektur i filmów. Wydawało się, że moje życie wreszcie osiągnęło tak długo poszukiwany constans. I tu znów nie przewidziałam dwóch rzeczy...

1. Nie boję się szpitali; może nie powinnam przyznawać, ale nawet je lubię- jest w tych białych ścianach, szuraniu kapci i rytmicznym pykaniu kroplówek coś, co wpływa na mnie niesamowicie kojąco. Tak naprawdę w życiu boję się tylko jednego - tego, że będę GŁODNA. A na Żelaznej ewidentnie ktoś postanowił mnie zagłodzić. Po przyjęciu w środę rano usłyszałam, że do piątkowej operacji nic już nie będę jeść. Nauczona praskim doświadczeniem powiedziałam że ok, no problem, i wyciągnęłam rękę do wbicia wenflonu- a pani pielęgniarka pokręciła głową i powiedziała e-e, kroplóweczka dopiero przed operacją. Wpadłam w panikę. Dwie doby bez jedzenia??? Położyłam się w sali, wyjęłam książki, ale nie mogłam na niczym się skupić, bo DWIE DOBY???  
W porze obiadu, na dźwięk jadących wózków z posiłkami, zaczęłam się ślinić jak pies Pawłowa. W porze kolacji miałam omamy w postaci fruwających kanapek i stwierdziłam, że następnego dnia będą musieli założyć mi kaganiec, żebym nie zaczęła obgryzać nogi pani leżącej obok. 
W nocy nie mogłam spać, miałam wrażenie że łóżko pode mną się kołysze i zataczając się dokuśtykałam do pani pielęgniarki, która zamiast dać mi kroplówkę, poleciła zrobienie sobie słodkiej herbaty. I wtedy się poryczałam. Znów. Na Żelaznej.
Rano na szczęście nie miałam zbyt wiele czasu na myślenie o tym, jak bardzo jestem głodna, bo dostałam środek przeczyszczający i...No, opuśćmy zasłonę milczenia. 

2. Do szpitala przyjechała Pani Doktor i zaprosiła mnie na badanie przed operacją. Wdrapałam się na fotel, Pani Doktor zajrzała i zamarła. Zbadała mnie raz, drugi i stwierdziła, że zmiany są praktycznie niewyczuwalne, a macica ruchoma. Możliwe, że operacja będzie zbędna, ale przed podjęciem decyzji chciałaby potwierdzić przypuszczenia u Ordynatora. Po godzinie przyszedł Pan Ordynator, zbadał mnie i potwierdził wersję Pani Doktor. Spokojnie omówiliśmy wszystkie za i przeciw, we trójkę- pierwszy raz w szpitalu ktoś zaprosił mnie do takiej wspólnej rozmowy, jako pełnoprawnego rozmówcę i naprawdę chciałam nim być, ale ...byłam tak głodna, że pierwsze pytanie jakie zadałam po usłyszeniu tej zadziwiającej nowiny oczywiście dotyczyło tego, czy mogę wreszcie coś zjeść. W tym momencie zdziwili się lekarze, bo poprzedniego dnia wcale nie musiałam być na głodówce, tylko pani salowej coś się popieprzyło.

Dobra, nieważne- powiedzmy, że to była takie bardziej hardkorowa wersja odnowy biologicznej. Wróciłam do domu, zjadłam 4 obiady i jakoś wróciłam do równowagi wewnętrznej.

Najważniejsze, że czuję się teraz jak nowo narodzona. Dolegliwości związane  z endometriozą są dużo lżejsze i nie męczą mnie już tak często. Ból jest nieporównywalnie mniejszy.
Mam mnóstwo energii, nie boję się jutra i spojrzenia w lustro, bo zombie odeszło w niepamięć. Przypakowałam, schudłam, poukładało mi się w głowie. Niedługo rusza nowe przedsięwzięcie, które mam nadzieję, zupełnie zmieni moje zawodowe życie, a które bardzo długo odkładałam na "lepsze czasy". Teraz są lepsze czasy. 

Obecnie jestem na etapie przyjmowania pielgrzymek złożonych ze znajomych bliższych lub dalszych, wypytujących o tajemnicę cudownego ozdrowienia. Cierpliwie opowiadam o zasadach anty-endo diety, programach treningowych i tłumaczę, że to nie cud, tylko siła, którą w sobie znalazłam- impuls, który zmusił mnie do szukania innej drogi, determinację do całkowitej zmiany stylu życia, zmiany pracy, przejścia na drakońską dietę i katorżniczych ćwiczeń, którymi zarzynam się codziennie. 

A do tego wszystkiego, mam super historię do opowiadania. Ktoś to przebije? Nie sądzę.


17 komentarzy:

Nowiutki Rupieć pisze...

Cieszę się jak cholera!!!! Tak bardzo! A u mnie na blogu akurat o cudownym uratowaniu mojego życia, ale nie chcę konkurować :*

Aleksander Acher pisze...

Ha! Jako że Cię znam jako silną, zawziętą i pełną pozytywnej energii dziewczynę to się nieco martwiłem kiedy docierały do mnie echa, że z Tobą nie okej, a moze nawet bardzo nie okej (w sensie zdrowotnym). Zatem - po pierwsze tak trzymaj, nie dawaj się, po drugie świetnie się bloga czyta, i fajnie piszesz. No i cóż więcej - siedzę sobie w n-ty raz rozgrzebanej chałupinie i coś tam fuguję, coś tam szlifuję, zresztą sama wiesz najlepiej jak to jest, a tu w postaci Twojego wpisu duża radość, że Ci się poukładało i zdrowiejesz. Majku - ściskam (mogę mocno?) i bardzo się cieszę. Zdrowia i szczęścia!

Alex

Maja pisze...

7, w moim mini-cudzie maczałaś palce, więc się poczuwaj;). A, i zamorduję jak nie będziesz nosić klapek, więc zastanów się, jaka śmierć lepsza;)

Maja pisze...

Alex, szlifiera i do przodu! Wiadomo;). Bardzo dziękuję za słowa wsparcia, niedługo będzie okazja więc ćwicz uściski bo można, a nawet trzeba mocno.

Joanna pisze...

To byłaby fantastyczna historia, gdyby nie początek.
No co za #$#$#$ konowały! Z wielu stron słyszę o podobnych przypadkach - aby tylko lekami nafaszerować! Leczyć ale nie wyleczyć! Skutki uboczne? Całościowe spojrzenie na pacjenta? Jakieś banialuki!
Po prostu nóż się w kieszeni otwiera!
Oj, zdenerwowałam się. Trudno. Wszystkiego najlepszego i dużo zdrowia dla Ciebie i rodziny!

Joanna pisze...

A tak w ogóle to mnie zmyliłaś tym zdjęciem na początku.
Myślałam że tekst będzie o tym, że choroba tak Ci zryła mózg, że obejrzałaś 50 twarzy greya:D

Maja pisze...

Bo obejrzałam!!! I cierpię do tej pory...

dee pisze...

Szczerze gratuluję! Wiem, że gratulacje od kogoś, kogo się nie zna są prawie jak wypłata, którą trzeba wydać na rachunki... ale zawsze. Widzisz u mnie jest trochę odwrotnie - chociaż jestem facetem i na co dzień nie boję się bólu, nie byłem nigdy w szpitalu jako pacjent (kilka dni temu skończyłem 30 lat), to mam jakiś uraz. Mimo iż powinienem się zbadać, bo są widoczne ku temu powody, a diagnoza może być niestety tragiczna przez duże T, to odwlekam to w nieskończoność. Powodem jest przede wszystkim przedmiotowe traktowanie pacjenta, nieskuteczność lekarzy i ich obojętność, oddanie swojego ciała w ręce kogoś, komu jest obojętne, no i ból, z którym często trudno sobie poradzić, a lekarze niespecjalnie się tym interesują. Napatrzyłem się jak traktowana była moja żona, gdy miała problemy z miesiączką i właśnie podejrzewaliśmy "endo" - lekarze często nie traktują cię jako człowieka... na szczęście nic nie wykryli. Gdy urodziła się naszą córeczkę również nie było dobrze - dziecko straciło na wadze kilkanaście procent, bo genialni lekarze nie chcieli jej podać mleka modyfikowanego i kazali karmić piersią, z której nie leci mleko. Skutkowało to wypisaniem się "na żądanie" - tak się k..a pozbywają odpowiedzialności. Mała dostała w domu mleko... pociągnęła butlę w kilkanaście sekund i zasnęła zadowolona. W lipcu skończyła 2 lata. Jest najważniejsza i niesamowita. Tyle o sobie... raz jeszcze gratuluję i podziwiam za wytrwałość.

Maja pisze...

Dee, tak to właśnie jest. Jak sobie sami nie pomożemy, to nikt nam nie pomoże. Więc może czas...? Może lepiej znać prawdę, nawet najgorszą, ale działać? pierwszy krok jest najgorszy, ale zapewniam, że walka o siebie (nawet z pozornie beznadziejnej pozycji) daje niesamowitą siłę i uczy zachowań, które przydają się nie tylko w szpitalu. Trzymam kciuki,żeby wszystko było ok! Odwagi!.

dee pisze...

Dzięki za te słowa. Właśnie napisałem bardzo długi komentarz... ale go usunąłem, bo nie ma sensu rozwalać tematu, żalić się... to nie w moim stylu. Ja również życzę zdrowia. No i oczywiście czekeam na kolejne wpisy!

Magda Korzewska i Jacek Korzewski pisze...

Maja wspaniałe wieści. Cieszymy się bardzo, że uciekłaś spod skalpela. BTW świetny tekst może przedruk do WO?

Anonimowy pisze...

Zapraszam na grupy na fejsie Walczymy naturaalnie z endometriozą oraz EndoPositive International Poland tam o lekarzach było juz wszystko ;)

Iga pisze...

super! jest nadzieja! a bedzie wpis o szczegolach tej diety ? albo poprosze bardzo bardzo bardzo na email: gumberry.pl@gmail.com

Maja pisze...

Spokojnie, będą wpisy opisujące dietę, ćwiczenia i zalecenia. Bo dieta i ćwiczenia to nie wszystko;).

Ulotne Chwile pisze...

Witaj Maja jestem pod wrażeniem;)i bardzo ci zazdroszczę oczywiście pozytywnie...ja jestem właśnie na podobnym etapie pielgrzymek po lekarzach już w sumie mam problemy ze wszystkim, chodzeniem, siadaniem nawet podczas okresu nie mogę kichnąć bo tak boli w brzuchu, blizny, zrosty itp...czekam niecierpliwie na kolejne wpisy, bo również czeka mnie kolejna operacja , której chciałabym uniknąć:)Pozdrawiam Cię serdecznie

Anonimowy pisze...

Maju podeślij recepte jestem też na tym etapie endo.Z jakiego żródła masz przepis.Biore leki i juz mam dosć.Świetnie się czyta bloga.Pozdrawiam. życze wytrwałości.

Maja pisze...

Proszę bardzo: http://wmaju2.blogspot.com/2015/09/ulotka-ktora-zmieni-twoje-zycie.html
Nie jest to recepta na wszystko, ale trzymam kciuki, by u Ciebie też przyniosła pozytywne efekty!