czwartek, 26 marca 2015

AWI dział Ty kiedy coś takiego?

Czyli o tym że w Lublinie czas płynie inaczej, klamki nie chcą zapadać, i co łączy montażystów z Louisem de Funes.

Mariani Vienna. Ładna, prawda? Klasyczna, z detalami delikatnie nawiązującymi do wnętrz historycznych, ale nie "przegadana". Bardzo podobna do oryginalnych okuć zdobiących starą stolarkę w mieszkaniu nad którym ostatnio pracowałam.  Naprawdę piękna klamka.Wierzcie, ciężko jest mi pogodzić się z tym, że od wielu miesięcy widzę ją tylko na obrazku z internetu.

Gdzie w takim razie powinno być jej miejsce?...Otóż powinno być w drzwiach Klimek&Kluś* zamówionych w salonie AWI (teraz ROKO- lub odwrotnie) w Lublinie.
Niestety splot historycznych wydarzeń, niesprzyjającej koniunkcji Jowisza i Saturna w znaku barana oraz dość swobodnego podejścia firmy Awi/Roko do terminów obiecywanych klientom sprawiło, że nasze klamki w tajemniczy sposób zaginęły i do nawierconych otworów trafić nie mogą od....momencik, już liczę...od ponad 6 miesięcy.

Od pół roku regularnie jeżdżę do Lublina na montaże, które kończą się fiaskiem. Pierwszy nie odbył się, ponieważ klamki nie dojechały. Na drugi montaż nie dojechali panowie montażyści. Na trzeci montaż dojechali panowie z drzwiami, ale z klamkami w złym kolorze. Na czwarty montaż przyjechałam ja, ale znów nie dojechali panowie. Na piąty montaż  przyjechała moja Klientka i panowie oraz klamki o złym rozstawie. Na szósty montaż  przyjechał mocno spóźniony pan z klamkami w dobrym kolorze, ale znów w rozstawie nie pasującym do wyciętych otworów.**

Na siódmy montaż czekamy od lutego. Klamki podobno są w transporcie, tylko nie wiadomo jakim, gdzie i kiedy dotrą. Mam pewne podejrzenia że zostały wessane przez czarną dziurę i któregoś dnia spadnie na nas z nieba deszcz złotych klamek Vienna powracających z międzygalaktycznych podróży.
(Zupełnie jak w "Interstellar", gdzie Vienna z powodzeniem mogłaby zastąpić Anne Hathaway bez większej szkody dla filmu.)
"Czy wiesz, że jedna godzina w Lublinie to siedem lat w innych miastach?"
Kilka pierwszych montaży bez montażu miało w sobie coś z komedii z Louisem de Funesem. Ale żarty żartami, to co było śmieszne przez trzy pierwsze razy, przy czwartym zaczęło nas porządnie irytować. Decydując się na zakupy w tym miejscu liczyliśmy  nie tylko na wysoką jakość znanych nam już produktów, ale także na pewną kulturę współpracy- i tu niestety firma z ul. Rusałki popłynęła, popełniając po drodze 5 GRZECHÓW GŁÓWNYCH.

Naprawdę rozumiem że producent czasem daje dupy, wycofuje produkt ze sprzedaży, itd. Producenci potrafią być bardzo, bardzo podłymi mendami.  Nie wierzę jednak w wycofywanie wzorów które są nadal oferowane na zamówienie, bo kurde, nawet ja bym na to nie wpadła. Ewidentnie logistyka w Awi/Roko leży i podejrzewam, że klamki zostały zamówione bez sprawdzenia dostępności. To RAZ.
DWA- kilkakrotne przekładanie w ostatniej montażu na który przyjeżdżamy z innego miasta z wytłumaczeniem, cytuję: "nooooo, montażyści nie wyrobili się"... klasa.
TRZY- ciągłe zmiany wersji losów klamki, która raz jest, raz jej nie ma, czasem jedzie do Polski, czasem jeszcze jest we Włoszech, świadczą o jednym. O tym, że nikt nie wie co się z nią dzieje, ale jakiś kit upierdliwym klientom trzeba wcisnąć. Może to łykną. Nie, nie łykamy.
CZTERY- nikt nie wpadł na to, by zaproponować nam jakąkolwiek alternatywę. W innym kolorze, innym rozmiarze, ale żeby dało się otwierać drzwi. Mojej znajomej zaproponowali zastępczy rower gdy swój oddała do serwisu. więc nie rozumiem jaka to filozofia znaleźć klamki o podobnym rozstawie i je na jakiś czas zamontować. Ale jednak.
I wreszcie PIĘĆ- traktowanie klienta jak natrętnej muchy za to, że raz na kilka tygodni dzwoni z pytaniem czy coś już w sprawie zamówienia wiadomo. Jestem cierpliwa, nie lubię się kłócić, wiele wybaczam i ten wpis naprawdę by nie powstał gdyby nie ostatnia rozmowa z pracownikiem firmy, który na moją prośbę o regularne ( zasugerowałam- cotygodniowe) informowanie nas o stanie zamówienia stwierdził że mają dużo zleceń które im się mieszają (really?), i żebym sama dzwoniła. 

I tu mój zen, za przeproszeniem, poszedł się j......
Zatem, mili Czytelnicy, jeśli macie w sobie żyłkę Sherlocka Holmesa i jara Was tropienie losów swojego zamówienia, ewentualnie drzemie w Was komandos dla którego wyważenie zatrzaśniętych drzwi to pestka- wiecie gdzie w Lublinie robić zakupy.

* Które to drzwi są bardzo dobrej jakości, a z usług warszawskiego oddziału K&K korzystałam wielokrotnie, zawsze z satysfakcjonującym efektem.
** Mogłam pomylić kolejność poszczególnych "montaży". Po pewnym czasie przestałam zapisywać, co tym razem nie dotarło- montażyści, drzwi, czy klamki.

9 komentarzy:

+li+ pisze...

:)))))))
ładne

Kasia z Piątego Pokoju pisze...

Dżizas, aż mnie głowa rozbolała.
A Klientka tak potulnie sobie czeka w domu bez klamek? ;) Czy to się jakoś na Tobie nie odbija?

gieeska@wp.pl pisze...

nie odnoszę się do tragizmu klamkowego lecz nie mogę Ci Maju nie napisać : uwielbiam Twój blog :) Pozdrawiam

Maja pisze...

Mam niezwykłe szczęście do niezwykle cierpliwej Inwestorki, jednak tydzień temu cierpliwość i moja, i jej, uległa nieodwołalnemu wyczerpaniu. I chyba inaczej będziemy o tych klamkach rozmawiać

Maja pisze...

Gieeska, pozdrawiam serdecznie;)

Tomek pisze...

Jest tylko jedno wyjście z sytuacji - przeszkolony z klamkoznawstwa Matthew Mcconaughey, zaopatrzony w wyrwaną na wszelki wypadek kartką z katalogu oraz fragmentem drzwi z nawierconymi otworami, daje nura w czarną dziurę, odnalezione tam klamki z niemałym trudem przeciska przez regał z książkami 6 miesięcy temu, machając wskazówką zegarka informuje, że są do odbioru na podłodze w biblioteczce i że na pewno pasują, bo sprawdzał dwa razy, aż oczy mu się spociły ze szczęścia. Za paliwo, zupki chińskie i prąd do lodówki, którą Matthew się zamroził, by nie pociąć się z nudów w trakcie międzygalaktycznej podróży oraz za Wasz czas, nerwy i straty moralne, fakturę wystawiacie z Inwestorką na Rusałki 6 mieszkania 2, z terminem płatności "Na wczoraj, ku... do diaska!"
A poważniej, myślę że najdalej po miesiącu podobnego czekania nie chciałbym już rozmawiać z pracownikami tylko z szefem takiego burdlu. Też nie lubię się kłócić, ale czasem jest to nieuniknione, jak to, że gdy już wreszcie uda się wybrać do kina, na fotelu za nami ktoś będzie ciamkał popcornem i siorbał colą.

Maja pisze...

A Matthew to teraz tyje, czy chudnie? Bo nie wiem czy można go na taką wyprawę narażać...bardzo dziękuję za kolejny, niezwykle trafny komentarz;)

Tomek pisze...

A faktycznie, teraz chyba tyje. W takim razie wszystko stracone, jesteśmy zgubieni... chyba że sklep się jednak opamięta i do 7 razy sztuka ;)

Maja pisze...

Liczę na jakiś cud z okazji zbliżających się świąt. Zmartwychwstanie klamki, coś w tym stylu.