poniedziałek, 22 czerwca 2015

Dlaczego projektantki wyglądają tak, jak wyglądają.

I co ma Jackson do tego. Nie wyobrażacie sobie, co to znaczy być kobietą na budowie.



No, chyba że akurat jesteście kobietą na budowie, to wtedy możecie mieć jakieś pojęcie.Ale tylko wtedy.

Nim zacznę część właściwą, małe ogłoszenie parafialne, żeby nie było, że nie ostrzegałam:
Panowie raczej nie nakarmią dziś tu swojej duszy, choć pewnie złapią się za głowę (czyli blisko duszy).

Na pewno je znacie. Panny perfekcyjne: nieważne gdzie, nieważne o której i w jakich okolicznościach je spotkacie- zawsze prosto z pudełeczka. Mam wrażenie że niektóre laski dzień rozpoczynają od nakładania makijażu, a dopiero później otwierają oczy i artykułują pierwsze myśli. Lub nic nie artykułują, bo ładnie wyglądają i nie ma już takiej potrzeby. To są dziewczyny, którym nie rozwiązują się buty, koszule nie wystają ze spódnic ( jak??? jak to jest możliwe????), w rajstopach nie lecą oczka, a włosy nigdy nie wyglądają jak po wirowaniu we Frani. O ile jeszcze jestem w stanie zrozumieć, że takie panny-perfekcyjne spotykam w centrach handlowych, w bankach, w siedzibach dużych firm i butikach "na bogato", to nijak nie pojmuję jak one się potrafią uchować na budowach.
Tak, tak! Ten gatunek występuje także i tam. Są  projektantki, które wypindrzone, w szpileczkach nude i z luiwitonem przewieszonym przez ramię podjeżdżają na budowę na 15 sekund, przefruwają nad specjalnie dla nich rozłożonym kartonowym dywanem, robią sobie selfie na świeżo pomalowanej ściance i tyle je widzieli. Po wyjściu z bunkra bez klimatyzacji nie błyszczą się jak latarnie i nigdy, przenigdy nie mają rozmazanego tuszu.  To beżowa magia.

Ja należę do lasek, które są wiecznie utytłane. Czasem tytłam się bo chcę, czasem tytłam się bo nie chcę, a czasem po prostu się tytłam. I nie to, żebym tego nie lubiła bo mam teorię że projektant utytłany to projektant zaangażowany, ale  jak sięgam pamięcią nie zdarzyło mi się jeszcze wyjść z jakiejkolwiek budowy w stanie nie wymagającym wezwania konserwatora zabytków.  Pal licho jeśli tego dnia mam tylko nadzór, ale zwykle jadę jeszcze na kolejne spotkania, na których mam załatwić coś ważnego. Na przykład takie jak TE, słynne już w pewnych kręgach. Dlatego też wstaję o godzinę wcześniej, nakładam te wszystkie tapety, pudruję, fiksuję. Specjalnie kupuję mazidła, które zapewniają 72-godzinną gwarancję i trwałość na mur beton, bo beton do mnie przemawia. I zawsze, kurde, no zawsze jak wyjdę  z budowy i pędzę na wspomniane spotkanie z klientami, to widzę w ich oczach takie niedowierzanie pomieszane z lekkim przerażeniem, o ile w ogóle mnie poznają. 
Bo zazwyczaj wyglądam jak Michael Jackson w mniej świetlanym okresie kariery - obsypana gipsem, z tuszem rozpuszczonym po tym jak sprawdzałam czy prysznic działa ( działa), dupskiem obtartym na biało i wełną szklaną, która świetnie przylgnęła do lakieru na włosach i uwiła sobie tam przytulne gniazdo.
A to dopiero początek- bo jadę do domu, zmywam z siebie ten zajzajer, ale skóra nie zapomina. I następnego dnia w lustrze wita mnie twarz nastolatka przechodzącego burzę hormonalną. Nad-setko-godziny przesiedziane przed monitorem, zarwane noce, dni w trakcie których nie ma mowy o zbilansowanej diecie i mamy prosty przepis na urodową tragedię. Jak założymy koturny, to grecką. 

Zasada jest prosta : projektantka bez pryszczy, z błyszczącymi włosami i paznokciami = projektantka bez pracy.

Rozwiązanie teoretycznie nasuwa się samo, ale w praktyce nie ma lekko, nie spotkałam jeszcze milionera dzięki któremu mogłabym się cieszyć gładką cerą. Póki co pracuję i ciężko zarobioną kasę wydaję na ratowanie zgliszczy, w nadziei że któraś reklama powie prawdę. Jak jest każdy widzi, więc kosmetyczka pęka w szwach, karta piszczy z nędzy, a skóra woła o pomoc.

Co jakiś czas słyszę od znajomych którzy weszli do łazienki, że za to co mam na półce mogłabym kupić mały samochód. Fajnie. Problem w tym, że nie mam prawa jazdy, więc po co mi samochód? I to mały?  Żeby w nim trzymać kosmetyki? Bez sensu. 

Korzystając z tego że nie mam samochodu, za to przetestowałam na sobie z mniej lub bardziej udanym efektem, a czasem nawet z narażeniem życia kilka ton specyfików- zapraszam na mój subiektywny, KOSMETYCZNY PRZEGLĄD HITÓW I KITÓW który już jutro wypełni łamy bloga. Retinolem, aloesem i kwasem hialuronowym.

PS. Po zrobieniu wstępnej inwentaryzacji łazienkowej półki wyszło mi prawie 100 pozycji do obsmarowania, więc postanowiłam się zlitować nad Wami i podzielić temat na 3 wpisy. Jutro będzie KLASA ŚREDNIA PRACUJĄCA, za tydzień zapraszam na KOSMETYKI Z KOSMOSU dzięki którym dowiemy się czy stosując krem za 3500zł mamy szansę zostać astronautami, a za dwa tygodnie DOBRY I TANI, A LEPSZY NIŻ ARMANI - warte każdej ceny kosmetyki poniżej 20 zł.

5 komentarzy:

Joanna pisze...

Zacieram łapki!
Tylko nie zapomnij napisać jaką masz cerę;)

dee pisze...

Serio nie ma prawka? Zrób, nie utrudniaj sobie życia. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w Warszawie czasami pewnie prędzej dojdziesz z buta niż przejedziesz, ale jak to się mówi lepiej słabo jechać niż dobrze iść :)

Maja pisze...

Nerkę bym oddała za to, żeby mieć prawo jazdy. Niestety mam wadę wzroku przy której nie mogę prowadzić pojazdów. No, może rower, ale z narażeniem życia.

Dominika Pyssa pisze...

Świetnie piszesz! Hmm, ja to zawsze miałam skojarzenie z projektantkami, że to wolne ptaki, tu pomogą malować ściany, tu mają inną wizję i zmieniają projekt. Nigdy nie pomyślałabym, że architektka wchodzi na budowę w szpilach na 15 cm :))

Maja pisze...

Są i takie egzemplarze.Ja to jestem takim ptakiem bez obcasów, z ubrudzonymi piórkami. Odbijam sobie tiulami i perukami w czasie wolnym;)