poniedziałek, 14 września 2015

Ulotka, która zmieni Twoje życie


Dziewczyny- bardzo Was lubię. Naprawdę. Ale, do cholery, zapchałyście mi skrzynkę ;).

W związku z tym, że przez Was naprawdę ciężko jest mi się dokopać do maili z reklamami leków na potencję, postanowiłam przygotować jeden, solidny wpis odnośnie diety pomagającej w walce z endometriozą.

W necie znajdziecie na ten temat mnóstwo artykułów, wpisów na forach i porad mądrych głów. Wszystkie są jednak rozsiane jak zboże na polu pijanego rolnika; żeby dotrzeć do meritum trzeba przekopać się przez tony zupełnie nieistotnych informacji, czasem zawędrować za miedzę sąsiada, a i tak na końcu można wylądować z niczym w czarnej...hm.

Dużo prostszym rozwiązaniem jest otrzymanie ulotki. Kolorowej, w połysku, nadruk z dwóch stron, format A5. Ja taką dostałam na wspomnianym w poprzednim artykule spotkaniu z okazji dni walki z Endometriozą i od tamtej pory, a to już 9 miesięcy, jesteśmy nierozłączne. Dziś nadszedł dzień by się nią podzielić i obczajcie akcję- specjalnie dla Was ją UPRASOWAŁAM. 

ulotka Polskiego Stowarzyszenia Endometrioza

Mam nadzieję, że to docenicie. Niestety, ulotka choć bardzo kolorowa, nie do końca wyczerpuje temat- wszak to tylko A5.  Dlatego też przygotowałam swój własny, dietetyczny przewodnik w formie do druku- znajdziecie go na końcu wpisu. Ściągnijcie, wydrukujcie i się zastanówcie;).

Zanim zacznę opisywanie zasad mojego jadłospisu, żeby była jasność- nie poczuwam się do roli autorytetu w kwestii leczenia endometriozy dietą. Dzielę się tym, co metodą prób i błędów udało mi się wypracować, ale proszę, pamiętajcie że to były MOJE próby, na MOIM organizmie. To co zadziałało u mnie u Was może się okazać porażką i odwrotnie- jak w przypadku leków, które na wiele kobiet działają fantastycznie, a mnie prawie wykończyły.

Jedyne czego jestem pewna i co mogę polecić Wam z ręką na sercu, to słuchanie swojego ciała, dopieszczanie go i nie robienie niczego wbrew sobie. Najważniejszy jest zdrowy rozsądek. Do dziś przed oczami mam pewnego pana, który na wieść o tym że może mieć stan przedzawałowy przepuścił rodowy majątek na cudownych uzdrowicieli i zielarzy, zafundował sobie uroczy miesiąc z lewatywą, przeszedł na dietę płynną z wywaru z pokrzywy, wydłubał sobie dziurę w nodze do której wkładał ziarno cieciorki, przestał się myć ( bo to podobno szkodzi), a w ostatniej fazie swojego uzdrowienia spał z lewą ręką przywiązaną miedzianym drutem do kaloryfera, bo "uziemienie" podobno pozwala oczyścić aurę. Po dwóch miesiącach takich czarów lekarze ledwo go odratowali, choć wystarczyło żeby po usłyszeniu diagnozy po  prostu zaczął mniej żreć.

Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu- i podpisuję się pod tym zdaniem wszystkimi kończynami. Śmiać mi się chce, gdy słyszę o magicznych dietach, turnusach oczyszczających czy magicznych algach, które w tydzień wypłukują z ciała toksyny. Gucio. 

Nie ma nic zdrowszego, niż zdrowe życie. Jedzenie nieprzetworzonej żywności w rozsądnych ilościach, utrzymywanie ciała w dobrej formie i unikanie stresów faktycznie wygląda mało efektownie przy tabletkach obiecujących wygląd Cindy Crawford i kondycję byka po miesiącu stosowania, ale to jedyna słuszna droga  zapewniająca nie tylko długotrwały efekt, ale i olbrzymią satysfakcję. Mam nadzieję, że po przeczytaniu moich sposobów na endometriozę nie zaczniecie ślepo wprowadzać ich w życie, tylko poszukacie swojej drogi - czego życzę Wam z całego serca.

A teraz, MOJA HISTORIA. Przydałby się lektor z jakiegoś paradokumentalnego ( ja nazywam je paranormalnym) serialu. "Trudne sprawy", albo "Dlaczego ja".


9 miesięcy temu otrzymałam ulotkę, którą dziś, świeżo wyprasowaną, obejrzeliście sobie dokładnie ze wszystkich 3 stron. Po zapoznaniu się z jej treścią stwierdziłam że to niemożliwe żeby działała, bo stosuję taką dietę od lat i mi nie pomaga. Po chwili przyznałam jednak sama przed sobą, że tylko wydaje mi się że ją stosuję. 
Tak oto, moim pierwszym krokiem do zdrowego życia wcale nie była dieta czy super ćwiczenia, tylko szczerość. Po przeanalizowaniu kilku ostatnich tygodni spisałam sobie listę i okazało się, że:

1) bez przerwy jadłam na mieście, co skutkowało nie tylko pustym portfelem, ale też brakiem świadomości na temat spożywanych dań; 
2) Co weekend wypijałam morze alkoholu
3) Z jednego dnia słodyczowej rozpusty w tygodniu nagle zrobiło mi się tych dni 7
4) Z 6 dni zaplanowanych ćwiczeń nie wypalił żaden
5) I ani razu nie udało mi się skończyć pracy przed 22.00.

Papier nie kłamał. Moje życie naprawdę nie było tak zdrowe, jak myślałam. 

MIĘSO DO ODSTAWKI. Na początek postanowiłam działać metodą małych kroczków- na pewno należało odstawić czerwone mięso i tłuszcze zwierzęce, które sprzyjają rozwojowi stanów zapalnych w organizmie. Poszło gładko, bo od lat mięso jem sporadycznie i z czystego łakomstwa. po kilku tygodniach stwierdziłam że drób też odstawię, bo przestał mi smakować.


Drugim krokiem było całkowite odstawienie przetworów z białej mąki- tu również nie spodziewałam się problemów, ponieważ mój tata robi najlepszy razowy chleb na zakwasie i praktycznie nie kupujemy pieczywa w sklepie. Nie wzięłam tylko pod uwagę, że biała mąka to nie tylko chleb, ale też mój ukochany MAKARON, bez którego dzień wydawał mi się stracony. Wystarczyło kilka tygodni prób nowych dań z różnymi rodzajami kasz, żebym zapomniała o makaronach. Teraz we włoskiej knajpie do głowy mi nie przyjdzie, żeby zamawiać pastę albo pizzę. Oprócz domowego razowego chleba nie jem już produktów zawierających mąkę- zatem GLUTEN do kosza.

NABIAŁ. O, tu była tragedia, płacz i zgrzytanie zębami- sery i jogurty były podstawą moje dotychczasowej diety. Mogłam odstawić bułeczki, mogłam żyć bez szynki, ale żyć bez serka wiejskiego??? Jak? 
A no tak. Po pierwsze, jedząc kasze zmienił mi się smak- serio. Zaczęłam ( całkiem słusznie) czuć w produktach z mleka krowiego chemiczne dodatki, coś sztucznego. Przerzuciłam się na pyszne sery kozie i owcze z ekologicznej produkcji, które jem w minimalnych ilościach, a zamiast mleka zwierzęcego zdarza mi się czasem kupić owsiane lub migdałowe- ale coraz rzadziej, bo wydają mi się za słodkie. Podlewałam nimi standardowe śniadanie, czyli owsiankę, ale teraz wolę smak płatków na wodzie.

SŁODYCZE. Czyli następny dramat- przez niemal całe swoje życie, od najmłodszych lat, mogłam odmówić śniadania, obiadu i kolacji, ale deser musiał być. Trzęsłam się na widok słodyczy i nigdy nie umiałam ich sobie odmówić. Rozpoczynając dietę bałam się, że uzależnienie od czekolady mnie pokona i choć na początku zdarzało mi się zgrzeszyć, to metoda 1 dnia dyspensy w tygodniu pozwoliła mi  jakoś przeżyć najtrudniejsze, pierwsze miesiące. A teraz? A teraz, moi Drodzy, jak jem batonika to mnie zęby bolą od cukru i mam mdłości. Odstawienie przetworzonych, dosładzanych z urzędu produktów sprawiło że zapomniałam jak smakuje cukier. Już go nie potrzebuję.

OSTRE DANIA. Uwielbiam kuchnie hinduską. I tajską. Uwielbiam, jak przyprawy wyciskają mi łzy z oczu. Z tą stratą nie do końca umiem się pogodzić. 

NAPOJE. Ok, ten akapit powinien rozpoczynać się od słowa ALKOHOL, ale musiałabym wtedy robić oddzielny dla kawy &co, a i tak się już rozpisałam. Zatem, odstawiłam kawę ( ale to już kilka lat temu), odstawiłam ukochaną czerwoną herbatę, którą uwielbiałam w wersji siekiera, odstawiłam Colę Zero którą bardzo lubiłam ( brrr), nie piję żadnych napojów z kartoników. Co zatem piję?
Wodę piję. Zimną, czystą lub z limonką i miętą- latem, w chłodniejsze dni uwielbiam gorącą wodę z cytryną i imbirem, albo zwykły wrzątek. Wieczorami, jak rasowa emerytka, popijam miętę, pokrzywę lub melisę.
No i odstawiłam wszystkie ciężkie alkohole oraz piwo. Od czasu do czasu pozwalam sobie na cydr lub wino, najlepiej czerwone. 

Jem dużo RYB MORSKICH, które uwielbiam. Mam małego bzika na punkcie ZIELONYCH KOKTAJLI, nie wyobrażam sobie dnia bez natki pietruszki. Robię najróżniejsze potrawy z kasz, pieczonych WARZYW, nauczyłam się robić pyszne hummusy. Ostatnio przygotowałam przyjęcie na którym nie było cukru, glutenu, ani mięsa- i wszyscy wyszli najedzeni. I bardzo pijani, bo zdrowa żywność czyni tę kwestię bardzo ekonomiczną;)

Przede wszystkim, nie myślę o diecie jako o diecie- to jest moje PALIWO. Najlepsze na świecie. Dzięki niemu jestem zdrowa, dobrze się czuję, mam energię. Robię to dla siebie, więc nie kusi mnie zbaczanie w zakazane rejony marketowych alejek.
Zresztą, nie odwiedzam już marketów. Zakupy robię codziennie, w małych sklepikach, wybierając to, co akurat jest świeże. Staram się dostosowywać przepisy do pór roku i produktów sezonowych. Unikam kupowania produktów paczkowanych. Do sklepu wybieram się jak do biblioteki- czytam wszystko, od deski do deski. 
Jem 5-6 razy dziennie, nie dopuszczam do sytuacji w której jestem wyraźnie głodna, ale też nigdy nie najadam się do syta- tak właściwie, to jem o ok. 1/4 mniej, niż dotychczas. I mam wrażenie, że w tym tkwi sukces- nie dość, że nie dostarczam endometriozie paliwa typu tłuszcze trans, cukier, czy gluten, to nie robię żadnych zapasów z których mogłaby korzystać.

Udowodniono zresztą, że każdy nadprogramowy kilogram tkanki tłuszczowej to młyn na wodę tej choroby. Ale o tym napiszę następnym razem, przy okazji ćwiczeń- bo sama dieta to zdecydowanie za mało, a w kwestii bycia małym pakerem też mam coś do powiedzenia.

To co? Na zdrowie!

Wszystkie artykuły dotyczące walki z endometriozą znajdziecie TU

PS. 15 lat temu ważyłam 15 kilo więcej. Nie byłam może monstrualna, ale Rubens raczej by mną nie pogardził. Dupsko, cyc i okrągła twarz przez wiele lat mi nie przeszkadzały (a z cyca byłam nawet dumna) ale przyszedł rok 2000, Gucci wypuścił na wybieg modelki o wadze sześciolatek i się zaczęło. Od 2000r permanentnie byłam na dietach, permanentnie miałam plany treningowe i permanentnie nie mogłam schudnąć. Piszę o tym na wszelki wypadek, jako odpowiedź na komentarze typu- tobie łatwiej trzymać dietę, bo jesteś szczupła...ja też przez to wszystko przechodziłam, wierzcie mi.

5 komentarzy:

Anna Druzd pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Anna Druzd pisze...

Ja pamiętam te Twoje krągłości :) jakby co, mogę poswiadczyc ;)

Maja pisze...

Aniu, Jesteś jedną z niewielu żyjących osób które to jeszcze pamiętają, haha;)

Anna Druzd pisze...

Poczułam się teraz bardzo staro... ;)

Anna Druzd pisze...

Poczułam się teraz bardzo staro... ;)