sobota, 7 lutego 2015

Rozmowy przy pracy

projekt: Allesandro Capellaro, via Marie Claire Maison
 Wczoraj odwiedziłam apartament o którym ostatnio trochę przycichło, ale obiecuję- już niedługo do niego wrócimy. Obiecuję też że będzie wesoło, bo to co tam się dzieje to jest co najmniej czeski film. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że to czeski film o czeskim filmie, ale nie wiem czy Was ubawi to tak bardzo, jak mnie i Inwestorkę;).

Lubię te za-Warszawo-graniczne nadzory. Wsiadam do pociągu, wyciszam telefon, wyciągam książkę i mam ponad dwie godziny tylko dla siebie. DWIE GO-DZI-NY! Co prawda czasem Polskie Koleje Pomylone robią wszystko, by ten czas obrzydzić, ale łatwo się nie daję. Podróż się kończy, wysiadam i czuję olbrzymią ulgę. Jest inne powietrze, inny krok ludzi na ulicach, wskazówki zegarka zwalniają.  Fizyczna odległość realnie zmniejsza wyolbrzymione problemy. Docieram do celu podróży, spotykam się z ludźmi którzy przyjechali tu z drugiego końca Polski. Zamiast dogadywać szczegóły wykończenia, zaczynamy rozmawiać o życiu ( z całym szacunkiem dla detali, oczywiście). I dochodzimy do wniosku, że nie kasa, nie okoliczności, nie czas jest ważny, tylko chęć; we wszystkim, zawsze.
Wczorajsze spotkanie przypomniało mi o pewnym artykule, który popełniłam dawno, bardzo dawno temu.  Nijak nie mogę sobie przypomnieć, czy już go tu wrzucałam.  Pamięta ktoś, coś?
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Jako dziecko komercji, które co prawda przyszło na świat w czasach wielkich przemian, ale w odróżnieniu od niektórych równolatków pamięta ( bo chce ) co to linoleum, guma do żucia za kilkaset złotych oraz, olaboga(!)- kaseta, z przyjemnością i z wypiekami na twarzy obserwuję następną przemianę. Może nie wielką, może nie tak spektakularną jak zastąpienie ołówka do przewijania wspomnianej kasety przez suwak na ekranie tabletu, ale dzieje się dużo i naprawdę dobrze. Zaczynamy przypominać sobie o tym że mamy sprawne ręce, które raz na jakiś czas można odkleić od klawiatury komputera.

O tym że kryzysu nie ma, nie było i nikt nie odczuwa jego skutków wiemy doskonale. To że 3/4 moich znajomych przez ostatni rok straciło pracę, zbankrutowało, musiało sprzedać mieszkania na spłatę kredytu we frankach - to czysty przypadek.

Przypadkiem jest także to, że przez pół roku nie dostałam ani jednego zlecenia, co w krytycznym momencie zmusiło mnie do wizyty w Urzędzie Pracy. Jako że pracuję jedynie 14 lat ( ale zawsze na umowy o dzieło) nie przysługuje mi nawet 12 groszy żebym już tylko nie płakała. Aczkolwiek, fakt posiadania ubezpieczenia i pewność, iż w razie grypy będę miała prawo posiedzieć kilka godzin przed gabinetem w państwowej przychodni, utwierdziły mnie w przekonaniu że rejestracja w UP to jedyne słuszne rozwiązanie. Zupełnie nie wiem dlaczego, ponieważ i tak dalej chodziłam do lekarzy prywatnie. Parę miesięcy oczekiwania na USG przerosło nawet moją bezrobotną cierpliwość.


Podczas kolejnych spotkań z doradcą zawodowym ( chociaż właściwsze byłoby słowo- odradcą) na hasło "projektant" w oczach pań za biurkiem widziałam na zmianę kpinę i współczucie, bo " proszę pani, teraz to fizycznych szukają, nie umysłowych". Trochę umysłowa jestem, więc się poczuwałam. Na dodatek przy okazji każdej wizyty w UP( w którym naprawdę można poczuć się ciołkiem), na korytarzach  co i rusz spotykałam liczne znajome ciołki - z uczelni, z liceum, z podstawówki - co niekoniecznie potwierdza zasadę, że "nauka to potęgi klucz". 
Powoli porzucałam wiarę w siłę umysłu na rzecz mięśni.

W międzyczasie rozgrywał się jeszcze sąd nad sensem prowadzenia remontu( mojego domu), ponieważ nie było mnie stać na wynajęcie ekipy. Byłam bez pracy, pieniędzy oraz nadziei regularnie zabieranej przez panie z UP i naprawdę miałam zamiar zamknąć budowę na cztery spusty. Któregoś dnia poszłam jednak na górę ( wspomnianego domu), usiadłam na łysej wylewce i stwierdziłam że nie mam absolutnie nic do stracenia.  Materiały kupione, czas mam, dwie ręce też. Najwyżej będę zrywać, aż się nauczę. 

Przez lata naoglądałam się sytuacji, gdy nieumiejętność wykonania najprostszych prac dookoła siebie, w zasadzie- brak zdolności zadbania o swój komfort bez udziału osób trzecich, doprowadzało do kuriozalnych sytuacji. Na przykład, bankowo - biurowa "Wyższość Płacę i Wymagam" po kilku miesiącach spędzonych w mega-hiper-lux wypasionym penthousie stawała się zakładnikiem "Niższości Pana Miecia" z powodu uszkodzonej spłuczki. Odwrócenie ról było oczywiście bardzo pedagogiczne, sprawiedliwe dziejowo i na pewno znacząco wpływało na jakość życia (Miecia) oraz sumienie (Wyższości). Zafajdana muszla i złota spłuczka powyżej - cóż, Bracia Grimm lepiej by tego nie wymyślili.  Powyższa historia i jej podobne przekonały mnie do tego, by raz na jakiś czas porzucić piękną, aczkolwiek zupełnie niefizjologiczną wirtualną rzeczywistość i nauczyć się rzeczy które mogą przydać się w dzisiejszym dzikim świecie.

Przede wszystkim- nauczyłam się umiejętności dostosowania się do otoczenia i otoczenia do siebie. Jeśli coś się zepsuje, oglądam film instruktażowy w necie i jadę. Jeśli brakuje kasy na wyposażenie, nie jesteśmy skazani na najtańszą linię mebli z marketu. Brakujące meble można: znaleźć, upolować, skombinować, zrobić. Wykończenie mieszkania naprawdę nie musi każdą nowiutką płaszczyzną odbijać naszego jestestwa. Znajomi którzy z niedowierzaniem ( i, jestem pewna, nutką obrzydzenia) obserwowali jak 10 lat temu skakałam po śmietnikach i ściągałam do domu "graty", dziś z zazdrością patrzą na pięknie wyszlifowane przez czas oparcia krzesła. Sami już czwarty raz wymieniają meblościankę w drewnopodobnej okleinie, a na moje sugestie żeby zajrzeli nawet już nie na śmietnik, ale do własnej piwnicy lub na targ staroci, słyszę:

- ty to masz czas żeby szukać
- ty to masz miejsce żeby to pomalować
- ty to potrafisz
- ty to masz pomysły

Żaden z wyżej wymienionych argumentów nie ma poparcia w rzeczywistości. Czasu wolnego mam zwykle mniej niż znajomi, do restaurowania moich śmieciowych odkryć nie wykorzystuję kosmicznych technologii tylko farby dostępne w każdym sklepie i pędzle szczeciniaki za 1,99 i nie, nie jestem Kolumbem recyclingu. Po prostu mi się chce, a do starych rzeczy mam szacunek. Do prostoty i do szczerości- materiału, formy, kontekstu otoczenia, pracy - także. Uwielbiamy sytuacje, gdy inni nas wyręczają i to jest prawdziwy problem...

Znalazłam ostatnio na jednej z moich ulubionych stron / Loftenberg / niesamowity projekt - nie projekt ; takie zagarnięcie przestrzeni z dobrodziejstwem inwentarza. Nie każdemu się spodoba, sama nie jestem pewna czy wytrzymałabym z tak prowizorycznym wyposażeniem, ale adaptacja starej szkoły na nadZWYCZAJNY dom do tej pory głęboko siedzi w mojej głowie. Łażę po mieście i rozglądam się za uczelniami do adopcji.


Przełożenie egzystencjonalnego ciężaru (z marzeń o wzniosłych odkryciach i wiekopomnych dziełach na zwyczajny remont)  okazało się strzałem w dziesiątkę; po kilku miesiącach fizycznego wyczynu, który zaowocował samodzielnie wykończonym wnętrzem,  wróciłam do projektowania wnętrz. Z wiedzą praktyczną, nowymi klientami i świadomością, że gdy pierdzielną wszystkie komputery nie zostanę z ręką w nocniku, tylko będę w niej dzierżyć fach. I to jaki! Tylko grabarz może być spokojniejszy, jeśli chodzi o potencjalnych klientów. 
A znajome ciołki? Jeden zaczął strugać meble, drugi zajmuje się reanimacją mebli podupadłych, kolejni produkują biżuterię, szyją ciuchy, założyli domowe przedszkola, sprzedają własne wypieki…uff. Kryzys, którego nie było uratował w nas to, co w człowieku najpiękniejsze. Wiarę we własne możliwości.

8 komentarzy:

Tomek pisze...

To nie tak miało być.
Ta niedziela była przeznaczona na odnawianie obrazu odziedziczonego po babci, tymczasem siedzę i chłonę (bo jak inaczej to nazwać) Majowego bloga.
Trafiłem tu dziś (o cztery lata za późno jak widzę), wprost z jutubowego poradnika jak z pudełka po 6 winach zrobić coś więcej niż pudełko po 6 winach. Swoją drogą pierwsze co mi przyszło do głowy na to pudełko to przenośna lodówka samochodowa, a po obejrzeniu wszystkich porad autorki tego bloga, nabrałem dziwnej ochoty zakupienia tychże 6 win, właśnie dla tegoż pudełka (oczywiście dla wina też znalazłoby się zastosowanie, przynajmniej jedno;)
W takich chwilach przez moment żałuję, że nie mam fejsbuków, na których można polubić, powielbić, udostępnić, propagować, sławić i piać peany na cześć tej kopalni inspiracji, świątyni motywacji, zagłębia dobrego (poczucia) humoru, świetnego stylu i mojego ulubionego, specyficznie dziwnego kąta pod jakim patrzy się na otaczający świat, życie, kulturę, sztukę, design i dostrzegania w cichych, niepozornych przedmiotach, nowych, nietypowych dla nich zastosowań, nowych historii, dalszego ciągu. No i ten język... Czytasz (a wciąga jak diabli!) i w pewnym momencie zdajesz sobie sprawę, że ci się nieświadomie gęba śmieje, a z życiorysu zniknęły trzy godziny.
Się rozpędziłem, ciekawe czy komentarz do postu ma tu jakieś ograniczenia objętościowe... O, a propos tego postu (hmm...zgłodniałem), pod przytoczonym z przeszłości artykułem i zawartymi w nim spostrzeżeniami, chętnie podpisuję się całym dostępnym asortymentem wszystkich swoich kończyn i wypustek.
No, będzie, nadmiar słodkości na noc jest podobno niezdrowy więc na tym poprzestanę, ale będę tu od dziś częstym gościem i cichym wielbicielem na pełen etat.

Maja pisze...

Drogi Tomku,

Zanim zacznę piszczeć, zapytam czy zostałeś opłacony prze moich rodziców. Jeśli tak, to były to jedne z najlepiej wydanych pieniędzy w ich życiu, bo wart Jesteś każdej złotówki.
Jeśli natomiast przemawia przez Ciebie czysta, niczym nie zmącona intencja, to czy mogę się już chwalić koleżankom że mam prawdziwego... Gruppie...Grupona? Pozwól, że wydrukuję sobie Twój komentarz ( czcionką w rozmiarze 48) i umieszczę w widocznym miejscu, tak bym puchła za każdym razem gdy przejdę obok lodówki. Z dumy, oczywiście, a nie od zawartości rzeczonej!.

Tak całkiem poważnie- dziękuję. Są takie momenty ( to właśnie jest teraz) gdy bardziej niż zwykle czuję że to miejsce ma sens. Może nie jakiś wybitnie duży, ale dla mnie w zupełności wystarczający;) i za to Jestem Tobie, jak i wszystkim czytelnikom wmaju2 bardzo wdzięczna.

Maja

Tomek pisze...

Z piszczeniem wstrzymajmy się do momentu, w którym jak każdy (niehehe)szanujący się Groupie wytatuuję sobie Twoje różowe, geometryczne logo;) Stanowczo zaprzeczam jakoby komentarz był na zlecenie (ale przy okazji przekaż Rodzicom, że przelew dotarł, na całą kwotę, tak jak było umówione). Będę prawdziwie zaszczycon i niezwykle wzruszon, mogąc w tej czy innej postaci zawisnąć na Twojej lodówce, stając się tym samym elementem wystroju tych gustownie urządzonych wnętrz, nawet na tę krótką chwilę, jaką kartka potrzebuje by, ku uciesze kotów, spaść z lodówki na podłogę;)
Jestem na przełomie 2013/2012, z nieskrywaną uciechą stwierdzam, że im bardziej się zagłębiam tym bardziej mi się tu podoba. Jak z dobrą książką. Puchnij (z dumy oczywiście), boś godna (nie mylić z głodna), z czym każdy normalny (wg mojej definicji normalności) odwiedzający ten blog na pewno się zgodzi.
Z pokrytego (bez)szczelnie śniegiem południa - pozdrawiam.

Joanna pisze...

Zapiszę sobie tego posta i będę go pokazywać każdemu, kto wzdycha, że trzeba mieć tyyyle kasy, żeby mieć ładne mieszkanie:D

Joanna pisze...

Zapiszę sobie tego posta i będę go pokazywać każdemu, kto wzdycha, że trzeba mieć tyyyle kasy, żeby mieć ładne mieszkanie:D

Maja pisze...

Tomku, za przeczytanie całego bloga należy Ci się order, i teraz to już naprawdę będę płakać ze wzruszenia.

Maja pisze...

Joanno, dla każdego "niewiernego" obowiązkowe roboty na budowie, wizyta na śmietniku i klaps na rozpęd;).

Magda Korzewska i Jacek Korzewski pisze...

no i się wzruszyłam. Pięknie napisane Tomku.